Pages Navigation Menu

Ziarno prawdy Zygmunta Miłoszewskiego – recenzja

Ciemna strona prowincji

W naszej bibliotece, jak w większości czytelni publicznych, gros czytelników stanowią kobiety i to one decydują o poczytności książek  oraz ukierunkowują nasze zakupy z beletrystyki. Siłą rzeczy tzw „literatura wysoka” stanowi margines, przeważają pozycje „dla pań”, kryminały, szeroko pojęta literatura faktu, w tym biografistyka. Trudno byłoby mi zrecenzować jakąkolwiek książkę „kobiecą”, jako że ten typ literatury jest dla mnie czytelniczo nieatrakcyjny z powodu stereotypizacji i zbanalizowania tudzież umowności oraz pewnej bajkowości. Co prawda kryminały również zaliczamy do tzw. literatury gatunkowej, w dużym stopniu sformalizowanej, bowiem czytelnik „oczekuje od kryminału  znanej, ustalonej konwencji: zaczyna się od tego, że jest trup, potem ktoś się tym trupem interesuje i próbuje dojść, skąd ten trup się wziął, na końcu zaś poznajemy rozwiązanie zagadki”, ale, co zauważył już Raymond Chandler, kryminały to też  literatura i żadnemu pisarzowi, podobnie jak czytelnikowi, nie chodzi tylko o kryminał. Literaci doskonale zdają sobie z tego sprawę, próbując „sprostać tym oczekiwaniom: utrzymać formę, ale włożyć do niej wystarczająco dużo nowych elementów, żeby czytelnik nie wywracał oczami, że to wszystko już było”.

Znakomitym sposobem na odnowienie formuły powieści kryminalnej jest niestandardowy bohater oraz rozbudowany drugi plan. Atutem polskich kryminałów dla czytelników, tym co wyróżnia je na tle produkcji anglojęzycznych, jest koloryt lokalny, tło bliskie codziennemu doświadczeniu, a jednocześnie egzotyczne. U Katarzyny Bondy w Pochłaniaczu profilerka Sasza Załuska we współczesnym Gdańsku rozwiązuje zagadkę kryminalną, której korzenie sięgają  okresu transformacji ustrojowej, Marek Krajewski w swych retro kryminałach powraca do przedwojennego Lwowa i Breslau  (aczkolwiek ich opisy dalekie są od pocztówkowości i sentymentalnych wspomnień) oraz tuż powojennego Wrocławia. Zygmunt Miłoszewski  w „Ziarnie prawdy” bohaterem czyni prokuratora, zaś akcję umieszcza  w mieście, o którym pisze, że „Było piękne, było najpiękniejsze w Polsce, było włoskie, toskańskie, europejskie, niepolskie, było miastem, w którym chciało się zakochać od pierwszego wejrzenia, zamieszkać i nigdy nie wyjeżdżać” – Sandomierzu. Oczarowanie „gwiazdy warszawskiej prokuratury” prowincją, gdzie wszędzie było blisko, rychło ustępuje miejsca nudzie spraw typu kradzież telefonu w szkolnej szatni, po kilku miesiącach „Szacki pomyślał, że nie słyszał o żadnych sandomierskich mordercach i gwałcicielach, nie licząc lokalnych knajp, gdzie smaki były mordowane, a podniebienia brutalnie gwałcone”. Aż tuż po Wielkanocy 2009 opodal starej synagogi znalezione zostają nagie, pozbawione krwi zwłoki cenionej działaczki społecznej o nieposzlakowanej opinii – Elżbiety Budnik oraz narzędzie zbrodni, którym jest chalef, żydowski nóż rzezacki używany w rytualnym uboju. Jako człowiek nie uwikłany w lokalne układy Teodor Szacki ma rozwiązać tajemnicę zbrodni, rychło przekonując się, iż w prowincjonalnej rzeczywistości bycie kimś z zewnątrz okazuje się jednocześnie zaletą i wadą. Świeże spojrzenie z dystansu, nieuprzedzone, jest czymś wartościowym, ale bycie kimś obcym, niebudzącą zaufania osobą, z którą się rozmawia, lecz nic nie mówi, utrudnia śledztwo. Zwłaszcza, że okoliczności morderstwa budzą demony przeszłości, plastycznie ukazane na niesławnym obrazie Karola de Prevorta w sandomierskiej katedrze i wciąż żywe echa wydarzeń sprzed ponad 60 lat. Nie pomaga też zainteresowanie tabloizujących się mediów, szukających sensacji za wszelką cenę, przeżuwających wszelkie informacje i wyrywających z kontekstu strzępy wypowiedzi, tak by ilustrowały one przyjętą tezę, budując prosty, czarno-biały obraz rzeczywistości. Doskonale obrazuje to zmanipulowanie wypowiedzi zdenerwowanego zachowaniem dziennikarza Szackiego –

Tak, jasne, orientuję się, że Michnik z Geremkiem sprzedali Polskę razem ze swoją żydowską bandą, a Okrągły Stół to było tak naprawdę święto Chanuka. Proszę mnie posłuchać, bo nie będę tego więcej powtarzał. Jestem urzędnikiem Rzeczypospolitej Polskiej i interesuje mnie tylko i wyłącznie jedno: znaleźć i postawić przed sądem sprawcę tych zbrodni. Jest mi obojętne, czy to będzie wskrzeszony z martwych Karol Wojtyła, Ahmed z budki z kebabami, czy jakiś chudy żyd w pana typie, wypiekający macę w piwnicy.

Ktokolwiek to jest, zostanie wyciągnięty za swoje zawszone pejsy z tej wilgotnej nory, w której się schował i odpowie za to co zrobił. Gwarantuję to państwu”, z której w relacjach ostały się tylko antysemickie fragmenty.

Kryminał „Ziarno prawdy” czyta się dobrze, jako że Zygmunt Miłoszewski jest znakomitym rzemieślnikiem, potrafiącym konstruować niebanalną, wciągającą intrygę. Zagadka kryminalna jest ciekawie poprowadzona, trudno przewidzieć jej finał, choć ostateczne rozwiązanie potwierdza stwierdzenie bohatera, iż

„Kluczem do zagadki jest pierwsze zabójstwo i stojące za nim motywy. Że pierwsze zabójstwo zostało dokonane pod wpływem największych emocji, a następne to już realizacja jakiegoś planu. Na pierwszej ofierze została wyładowana złość, nienawiść, żółć, druga natomiast została po prostu, jeśli można tak powiedzieć, zamordowana”.

Nim jednak winnemu postawione zostaną zarzuty, prokurator, mimo swej inteligencji, popełni wiele błędów, podąży podrzuconymi mu fałszywymi tropami.  I przekona się, iż wbrew obiegowej opinii, nie w każdej legendzie można doszukiwać się tytułowego okruchu prawdy, odprysku rzeczywistych zdarzeń. Prokurator Teodor Szacki przedstawiany jest jako „białowłosy orzeł Temidy”, człowiek oschły, niewierzący, inteligentny (choć problem z rozpoznaniem Rodła jest w tym kontekście sporą wpadką), cyniczny, o ciętym dowcipie oraz  ironicznym i dosadnym języku, a przy tym wyniosły szowinista i mizogin, nie budzący sympatii, trudno jednak nie podziwiać jego talentu do rozwikływania nawet najbardziej zawiłych i makabrycznych spraw zawodowych. Wartością książki są wyraziste postacie drugo- i trzecioplanowe, a nawet epizodyczne oraz znakomicie zarysowane tło. Pięknie położony Sandomierz, miasto wydawałoby się prowincjonalnie senne, w którym żyje się niczym w „Ojcu Mateuszu” (do którego to serialu autor żartobliwie nawiązuje),  skrywa wiele mrocznych tajemnic. Są one niczym sieć podziemnych tuneli, tworzących drugie, ciemne miasto, z którego wynurzają się duchy. I tak niewiele potrzeba, by je obudzić, zwłaszcza jeśli ktoś rozmyślnie próbuje ukryć swoje przewinienia za dawnymi legendami.

„W powieści i w kryminale chodzi o to, żeby dojść do pointy” – to kolejny cytat z wypowiedzi Zygmunta Miłoszewskiego. W jego „Ziarnie prawdy” do ostatecznego rozwiązania tajemnicy zbrodni prowadzi kręta, meandrująca droga pełna pomyłek i fałszywych tropów, dzięki którym możliwe jest wprowadzenie wątków pobocznych. Najważniejsze dotyczą stosunków polsko-żydowskich (nie bez kozery Autor umieścił akcję powieści w Sandomierzu, mającym w historii ciemne karty procesów przeciwko Żydom, na Kieleczcyźnie znanej z działań oskarżanej  o antysemityzm partyzantki NSZ) oraz prywatnego życia Teodora Szackiego. To ostatnie bliskie jest konwencjonalnemu wizerunkowi rozwiedzionego, pogardzającego kobietami stróża prawa. Niebanalne, choć czasem bliskie stereotypom postaci, ciekawe pomysły fabularne – „Ziarno prawdy” to solidna rozrywka na kilka godzin, dobrze napisana książka, realizująca pisarskie credo Zygmunta Miłoszewskiego „Wierzę w to, że literatura jest dla czytelników i bez nich jej po prostu nie ma […] Najpierw musi być wciągająca, potem mądra i głęboka”. Tylko, a może aż tyle – to już każdy musi sam rozstrzygnąć, decydując, czy warto poświęcić czas na tę lekturę.

Małgorzata Skowronek

Prudnicki Ośrodek Kultury i Biblioteki Publicznej w Prudniku

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


+ trzy = 4

Reklama