Pages Navigation Menu

Wywiad z Marcinem Wrońskim

Wywiad z Marcinem Wrońskim

„Gliny z innej gliny” to pożegnanie z Zygą Maciejewskim. Dlaczego po jedenastu latach zdecydował się Pan zakończyć cykl i czy nie kusi Pana, aby zostawić sobie furtkę i jeszcze kiedyś opisać przygody niepokornego komisarza?

Jedenaście lat to szmat czasu i każdego by korciło, żeby coś w życiu zmienić. Z tym że nie chodzi tu wyłącznie o efekt znudzenia, bardziej o potencjał cyklu. Już pisząc swój pierwszy kryminał „Morderstwo pod cenzurą”, zakładałem możliwość kontynuacji, chociaż o dziesięciu książkach wtedy nie myślałem. Gdybym myślał, być może inaczej nakreśliłbym postać głównego bohatera, tymczasem ustawiłem go w bardzo konkretny sposób – jako organicznie związanego ze swoim miastem i epoką dwudziestolecia międzywojennego. Dlatego ilekroć w moich książkach wychodziłem w czasy powojenne, Zyga był na marginesie życia i w związku z tym miał ograniczone możliwości działania. Bohater w prozie gatunkowej musi zaś działać, inaczej żaden z niego bohater. Gdybym miał więc napisać jedenasty czy dwunasty kryminał o Maciejewskim, siłą rzeczy musiałbym się cofnąć do międzywojnia. Teoretycznie byłoby to możliwe, lecz już na początku wpisałem w swój cykl kolejne ograniczenia: każda książka ma być inna w nastroju, także po części w stylu i w charakterze dochodzenia, po drugie dotykać innych kontekstów historycznych, a po trzecie te konteksty powinny mieć przełożenie na to, czym żyje czytelnik dziś. Nie znajduję już ani takich kontekstów, ani nie przychodzą mi do głowy rozwiązania fabularne, które nie wykraczałyby poza konwencję noir. Potencjał cyklu jest więc wyczerpany, a kontynuowanie go byłoby oszukiwaniem czytelników. Raz zasztyletowali, a raz otruli w tych samych dekoracjach? To nudne.

 

Wszyscy Pańscy wielbiciele zadają sobie teraz pytanie – co po Maciejewskim? Kiedy przeczytamy następną Pana książkę i o czym ona będzie? Czy jej akcja będzie toczyła się w Lublinie i czy możemy się spodziewać kolejnego kryminału?

Przede wszystkim to bardzo miłe, że mam takich wielbicieli. A może nie ja, tylko Maciejewski? To okaże się najprawdopodobniej w przyszłym roku. Moja nowa książka nie będzie już ani kryminalna, ani historyczna, ani tak precyzyjnie ulokowana. Nie znaczy to wcale, że definitywnie żegnam się z kryminałem. Muszę tylko spojrzeć na ten gatunek z dystansem i zastanowić się nad formułą, która nie byłaby nazbyt wyświechtana, a przy okazji interesująca również dla mnie jako pisarza.

 

Do napisania „Glin z innej gliny”, jedynego zbioru opowiadań o lubelskim śledczym, zaprosił Pan znanych pisarzy: Ryszarda Ćwirleja, Roberta Ostaszewskiego i Andrzeja Pilipiuka. Mógłby Pan opowiedzieć, jak przebiegała ta współpraca? Czy spojrzenie kolegów po piórze na Zygę Maciejewskiego jakoś Pana zaskoczyło?

Tych zaproszonych pisarzy, a także pisarek, było trochę więcej, ale z góry założyłem, że nie każdy znajdzie czas. Klucz był jeden: mają to być autorzy, których sam cenię i którzy są moimi czytelnikami, czyli znają Zygę Maciejewskiego nie gorzej niż ja. Już to dawało gwarancję, że opowiadań słabych nie będzie, jednak nie spodziewałem się, że powstaną aż tak dobre. Niczego współautorom nie narzucałem poza oczywistym wpisaniem się w gatunek i postać, więc w gruncie rzeczy nawet trudno to nazwać współpracą, raczej twórczym spotkaniem. Zapewne dlatego tak ciekawie pokazali własny język. Maciejewski u Andrzeja Pilipiuka spotyka się z byłym carskim śledczym, z kolei u Ryszarda Ćwirleja jedzie do Poznania, czyli obaj posłali go w swoje ulubione rejony. Inaczej podszedł do wyzwania Robert Ostaszewski, który najbardziej z całej trójki „pisze Wrońskim”, ale zupełnie inaczej niż ja stawia akcenty w relacji Zygi i jego życiowej partnerki Róży. U Ostaszewskiego to Róża jest inicjatorką śledztwa i to ona kieruje je we właściwą stronę, a sam komisarz dochodzi do prawdy głównie z troski o ukochaną. To zupełnie inna wrażliwość, Zyga niemal feministyczny!

 

Pisał Pan cykl o Maciejewskim przez jedenaście lat. Jak na tej osi czasu zmienił się rynek wydawniczy? Co się stało dobrego, a co złego z polskim kryminałem?

 To zupełnie inny świat niż ten, do którego wchodziłem z „Morderstwem pod cenzurą”. Wielką zdobyczą gatunku jest jego wdarcie się na salony, co zawdzięczamy przede wszystkim Markowi Krajewskiemu. Po 2005 roku stawało się i dziś jest oczywiste, że polski kryminał może być wybitną literaturą poruszającą ważkie tematy i nikogo nie dziwią poświęcone temu gatunkowi prace magisterskie, doktorskie, nawet habilitacyjne. Niedawno z Mariuszem Czubajem i Ryszardem Ćwirlejem byliśmy na sesji naukowej poświęconej kryminałowi i w znacznej mierze moim książkom na KUL-u, a przecież KUL-owska polonistyka uchodzi raczej za konserwatywną niż nowinkarską. Także do rzadkości należą już komentarze w internecie w stylu: „To warto czytać polskie kryminały? Bo znam tylko skandynawskie”. Natomiast wraz z lawinowo rosnącą liczbą nowych tytułów dramatycznie spadła ich średnia jakościowa, a także czas życia książki. Pamiętam, że „Morderstwo pod cenzurą” było nowością ze trzy miesiące, tymczasem „Gliny z innej gliny” niecały miesiąc po premierze nawet na stronie wydawcy są w kategorii nowości już na piątym miejscu od końca. To w naturalny sposób wymusza na autorach, szczególnie tych na dorobku, o wiele większe tempo pracy: chodzi już nie o jedną, nawet nie dwie, ale najlepiej kilka książek rocznie, a szybciej pisać oznacza mniej myśleć. Atutem jest znowu to, że polski kryminał wypracował wiele formuł: od ultraliterackich Marcina Świetlickiego po basic Polish Remigiusza Mroza, od poważnych i krwawych typu Krajewski po krymizgrywę, którą zapoczątkował Krzysztof Maćkowski, od czysto detektywistycznych po publicystyczne itp. itd. Dla każdego coś miłego. Niestety, równocześnie nie dostrzegam najmniejszych symptomów prawdziwego przełomu, całkiem nowego trendu, który tak znacząco oddziałałby na gust czytelniczy jak swego czasu zrobił to Krajewski ze swoim Breslauem i Mockiem.

 

fot. Tomasz Bosiacki

Czy mógłby Pan opisać w jednym zdaniu pracę nad każdą ze swoich powieści z cyklu o komisarzu Maciejewskim? Z czym dany tytuł obecnie się Panu kojarzy?

„Morderstwo pod cenzurą” było udaną próbą zostania wreszcie zawodowym pisarzem. „Kino Venus” pozostanie dla mnie wspomnieniem radości, że umiem i mogę. Dziejąca się podczas okupacji „A na imię jej będzie Aniela” to wkroczenie w dużą i ważką fabułę, ale także w świat mroku. „Skrzydlata trumna” była nowym etapem w cyklu, już wówczas zaplanowanym na dziesięć książek. „Pogrom w przyszły wtorek” to z kolei powieść, która rodziła się w mojej głowie kilka lat, i choćby dla niej warto było zostać autorem kryminałów. O „Haiti” koniecznie muszę opowiedzieć w trzech zdaniach, bo była to książka budząca zupełnie skrajne i nieplanowane emocje czytelników, nie tylko dlatego, że tytułowa klacz trafiła do rzeźni. Najpierw obraził się na mnie syn jednej z historycznych postaci występujących w fabule, a potem na spotkaniu autorskim ze łzami w oczach pewna starsza pani opowiedziała mi o wrażeniu, jakie wywarły na niej sceny rozgrywające się w kuźni w Konopnicy pod Lublinem. Zaczynając lekturę, w ogóle się nie spodziewała, że w kryminale ożyje kuźnia… jej ojca. „Kwestja krwi” jest z kolei nie tylko kryminałem, lecz także romansem kryminalnym, najciekawsze zaś było to, że w tekście oddanym wydawcy zabił zupełnie kto inny, a idealne rozwiązanie przyszło mi do głowy dopiero pod koniec prac redakcyjnych. Wielka w tym zasługa wnikliwych pytań mojej redaktorki, Katarzyny Arbaczewskiej-Matys. Podobna przygoda miała miejsce z „Portretem wisielca”, którego połowę napisałem na nowo po uwagach redaktora Filipa Modrzejewskiego, bo w pierwszej wersji miała to być powieść rozgrywająca się w dwóch planach: przed wojną i współcześnie, a także łącząca cykl o Maciejewskim z postacią Marka Glińskiego z mojego thrillera „Officium Secretum”. „Czas Herkulesów” jest jeszcze stosunkowo świeżą książką, ale zapamiętam chyba szczególnie radość z zabawy literackiej w retrospekcyjnych scenach z Zygą jako gimnazjalistą. „Gliny z innej gliny” to zaś satysfakcja z wykonania planu i jeszcze rzecz symboliczna: oddałem je wydawcy dokładnie dwadzieścia pięć lat po debiucie literackim.

 

Pośród Pańskich licznych sukcesów wybija się zeszłoroczna inscenizacja „Pogromu w przyszły wtorek”, powieści nagrodzonej podwójnie podczas Festiwalu Kryminału. Czy miał Pan wpływ na efekt finalny sztuki? Jak wyglądają prace nad inscenizacją własnej powieści? Czy wersja reżysera i wersja autora bardzo się od siebie różnią?

Nie była to moja pierwsza praca dla teatru, a z głównym reżyserem spektaklu Łukaszem Witt-Michałowskim współpracowałem już kilka lat. Fakt, nigdy nad niczym tak dużym, jednak dobrze się rozumieliśmy i moją pracę dramaturgiczną poprzedziło wiele rozmów o kształcie scenicznym. I być może Panią zdziwię, ale to ja bezwzględnie skreślałem w książce co drugą scenę, a reżyser rozpaczał: „Ale jaka tam dynamika! Jaki dobry dialog!”. Prawdziwy spektakl poprzedziła publiczna próba czytana, która trwała ze cztery godziny, a ja mogłem powiedzieć: „A nie mówiłem?” i skreślać dalej. Dlatego mój dramat i akcja sceniczna zgadzają się od początku do końca, jedyną niespodzianką były dla mnie sceny filmowe, które w tekście nakreśliłem bardziej ogólnie niż całą resztę, zdając się na reżysera planu filmowego, Norberta Rudasia. I to była doskonała decyzja, bo tekst go nie więził, lecz inspirował. Powstała rzecz naprawdę wielka i ważna, ze świetną obsadą, niestety droga w eksploatacji i skomplikowana technicznie, dlatego do dziś nie udało się jej przeadaptować z widowiska plenerowego na zwykłą scenę. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie do tego dojdzie.

 

Jak wygląda Pana zwykły dzień? Pracuje Pan nad swoimi powieściami codziennie?

Przynajmniej bardzo się staram, chociaż ostatnio bywa to trudne ze względu na wiele spraw związanych z promocją, kolejnymi przedstawieniami „Pogromu” i spotkaniami z czytelnikami, na które szczególnie w ciągu ostatniego roku otrzymałem mnóstwo zaproszeń. Generalnie jednak usiłuję posłuchać się budzika nastawionego na ósmą rano, usiąść do komputera między dziewiątą a dziesiątą i napisać do popołudnia od pięciu do dziesięciu tysięcy znaków z sensem. Mimo prób i dobrych chęci nie nauczyłem się niestety pracować w podróży i w hotelach. Potrzebuję dotyku swojego biurka i widoku swojego regału z książkami, inaczej czuję się jak bez ręki.

 

A gdyby nie pisał Pan książek, czym by się Pan zajmował?

Nie mam wątpliwości, że wtedy bym je redagował i wydawał. Praca redaktora była moim najdłużej wykonywanym i ulubionym zajęciem, zanim odważyłem się zostać pisarzem na pełny etat.

 

fot. Bartek Wardziak

Jakiś czas temu Jakub Ćwiek napisał do Remigiusza Mroza list otwarty, w którym, trochę owijając w bawełnę, przedstawił mu kilka zarzutów. Pan również zabrał głos w dyskusji, która się potem wywiązała… Z tym że cała sprawa umarła śmiercią naturalną, bo Mróz w żaden sposób się do tego listu nie ustosunkował. A szkoda. Nie sądzi Pan, że brakuje obecnie jakiejś głębszej dyskusji o literaturze i że umarła już właściwie krytyka?

Odpowiadając na ten list i krytykując mojego, było nie było, kolegę po fachu, złamałem jedną z najważniejszych zasad, jakich trzymałem się od lat: nie łączyć funkcji twórcy i krytyka. Tylko co było robić, skoro prawdziwej krytyki literackiej już nie ma? To znaczy odbywa się ona, a jakże, przy każdym branżowym spotkaniu, tylko praktycznie nikt później nie mówi i nie pisze tego, co z taką swadą wywodził z piwem w garści. Do rzadkości należą takie teksty jak Dariusza Nowackiego w tegorocznych lipcowych „Książkach”, w którym zjechana została cała tetralogia Katarzyny Bondy. Słusznie czy nie, to mnie w tej chwili nie interesuje, ale zjechana argumentami i tego Bondzie autentycznie zazdroszczę. Pochylił się nad jej twórczością ktoś może złośliwy, może i niesprawiedliwy, lecz przynajmniej profesjonalny! Proszę mi wierzyć, nawet pisarza nie każda pochwała cieszy. Sam wolę mądrą krytykę niż głupie poklepywanie po plecach. Nie chodzi mi tu wcale o mądrość pochodzącą od autorytetu, bo cenię także blogi wychodzące poza banał. Odkąd jednak recenzje praktycznie zniknęły z tygodników opinii i przeniosły się do blogosfery, podobnie jak w przypadku liczby kryminałów ilość zaniżyła jakość i mam wrażenie, że nawet blogerzy wcześniej aspirujący do profesjonalnego poziomu, w większości postanowili się dostosować. „Mi się bardziej podoba fantasy od kryminałów, gdyż nigdy ich nie lubiałem, dlatego daję tylko dwie gwiazdki, aczkolwiek dziękuję Wydawnictwu X.Y.Z. za książkę przesłaną do recenzji” – tak od kilku lat wygląda dziewięćdziesiąt procent dyskusji o literaturze. Z jednej strony to dobrze, że w ogóle jakiś rodzaj dyskusji widać, ale za chwilę całkiem zatrze się granica między zabawą w recenzenta a pisaniem prawdziwych recenzji. I będzie tak, jakby przedszkolakom bawiącym się w strażaków pozwolić gasić prawdziwe pożary. Dlatego właśnie wcale nie dziwię się Mrozowi, że nie odpowiedział, bo dyskusja na serio – czyli kategoryzująca, argumentująca i bez oglądania się na PR-owców – nie jest w jego interesie. I oczywiście nie ma nic złego w tym, że ktoś uprawia literaturę lekką, łatwą i przyjemną i trafia do czytelników oczekujących czegoś niewymagającego. W każdej epoce była literatura klasy A, B i C – to naturalne i nikt ani myśli walczyć z prawami przyrody. Tyle że brak rzetelnej krytyki kreuje rzeczywistość nieskategoryzowaną, w której Mróz wydaje się bytem równym, a newsowo może i bardziej istotnym niż Tokarczuk z Myśliwskim razem wzięci, a to już prima aprilis.

 

Czy zatem sam czyta Pan polskich autorów? Jest jakiś kolega po piórze, którego twórczość mógłby Pan polecić?

Czytam głównie polskich autorów, chociaż ostatnio coraz mniej powieści. Najbardziej interesuje mnie literatura faktu i z niej, także czytelnikom kryminałów, szczerze poleciłbym Przemysława Semczuka oraz Cezarego Łazarewicza. Semczuk napisał niedawno bardzo dobrą powieść kryminalną „Tak będzie prościej”, ale szczególnie cenię go za książki reporterskie „Wampir z Zagłębia” i „Kryptonim Frankenstein”. W obu analizuje przypadki seryjnych morderców i robi to bardzo wnikliwie, a powieściowe wręcz napięcie pojawia się zwłaszcza w momentach wątpliwości, czy rzeczywiście cała prawda wyszła na jaw. Z kolei Łazarewicz, który niedawno wydał „Koronkową robotę”, zupełnie nowe spojrzenie na słynną sprawę Gorgonowej, którą w latach trzydziestych żyła cała Polska, napisał też „Żeby nie było śladów”, absolutnie rewelacyjną książkę o zabójstwie Grzegorza Przemyka – którym też żyła cała Polska pod koniec stanu wojennego. Wydawać by się mogło, że wszystko o tej sprawie wiemy, nie była zresztą szczególnie skomplikowana, jednak ukazanie wszystkich kontekstów rodzinnych i towarzyskich nadaje jej dramat o wiele głębszy niż czarno-biała narracja o złych milicjantach, którzy pobili na śmierć niewinnego maturzystę. I jeszcze jedna bardzo ważna dla mnie książka – „Sprawiedliwi zdrajcy” Witolda Szabłowskiego. Autor pojechał odszukać i nakłonić do rozmowy potomków tych nielicznych Ukraińców, którzy ratowali Polaków podczas rzezi wołyńskiej. Wprawdzie temat już znałem z wydanej przed dziesięciu laty przez IPN „Kresowej księgi sprawiedliwych”, ale Szabłowski oczarował mnie znakomitymi opisami spotkań. Na przykład ktoś mówi o córce dobrego Ukraińca, że może by rząd polski dał jej chociaż telewizor, a staruszka wpada w gniew, bo nie dla telewizora jej ojciec ratował ludzi i ona nie dla telewizora stała na czatach czy nosiła jedzenie. Gdy opowiadałem o tej książce świeżo po jej przeczytaniu przed dwoma laty, powtarzałem też jak mantrę, jaką hipokryzją jest nasza polska duma, że mamy najwięcej Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, podczas gdy sami nie wymyśliliśmy podobnego symbolicznego podziękowania dla Sprawiedliwych wobec nas. Dziś to już na szczęście nieaktualne, bo od niedawna mamy Medal „Virtus et Fraternitas”, wkrótce poznamy jego wygląd i jak mi powiedziano w Instytucie Solidarności i Męstwa, prawdopodobnie jeszcze w tym roku zostanie przyznany pierwszym osobom. Właśnie praca nad cyklem o Maciejewskim uwrażliwiła mnie na takie rzeczy, na dramaty człowieka pod walcem historii… Ale wracając do lektur, to znamienne, że zanim całe swoje życie podporządkowałem pisaniu powieści, czytałem wyłącznie fikcję. Teraz częściej mnie nudzi niż bawi i wybieram książki, z których mogę się czegoś dowiedzieć czy bez skrępowania zaczerpnąć jakiś wątek.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Zdjęcie główne: Marcin Łobaczewski

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


− jeden = 4

Reklama