Pages Navigation Menu

Wywiad z Marią Paszyńską

Wywiad z Marią Paszyńską

Jest Pani iranistką, prawniczką, przewodniczką, matką a teraz także autorką książki Warszawski niebotyk – i wszystko to przed trzydziestką. To naprawdę robi wrażenie. Skąd tak szerokie i różnorodne zainteresowania?

Wygląda na to, że mam niespożyte zapasy energii i bardzo dużo pomysłów na zagospodarowanie czasu. Faktem jest, że wciąż czuję pewien niedosyt, który każe mi szukać, poznawać, dowiadywać się, dociekać, zadawać pytania. Moje wybory są jednak dość konsekwentne. Wbrew pozorom wszystkie moje zainteresowania mają te same korzenie. Wszystko w moim życiu kręci się wokół historii i słów. W liceum miałam doskonałą nauczycielkę, która powtarzała, że historia to nie daty, a związki przyczynowo – skutkowe i nieustanne pytanie, dlaczego to wydarzenie miało miejsce. Wiadomo przecież, że żadna bitwa nie zaczęła się na polu w chwili jej wybuchu, ale dużo, dużo wcześniej. To fascynuje mnie w historii, w odkrywaniu jej prawideł. Właśnie z powodu zachwytu starożytną Persją wybrałam iranistykę. Podczas studiów orientalistycznych, prowadząc badania nad przenikaniem myśli demokratycznych do Iranu na początku XX wieku, zaczęłam zgłębiać naukę o państwie, ustroju, konstytucjach, filozofii prawa i…kilka lat później byłam już absolwentką prawa. Kochając Warszawę – moje adopcyjne miasto – nie mogłam nie podjąć próby jej zrozumienia i poznania jej sekretów, a to jest niemożliwe bez znajomości historii miasta. Tak jak wspomniałam na wstępie, drugim czynnikiem, wokół którego skupiają się moje wybory, jest słowo. Pisane, mówione, nieważne. Istotne, by służyło przekazywaniu czegoś wartościowego. Bardzo lubię poznawać obce języki. Mam wrażenie, że gdy mówi się do kogoś jego własnym językiem, nawet nie do końca poprawnie, ludzie są o wiele bardziej otwarci i pokazują więcej prawdy o sobie, są autentyczniejsi. Słowa są wszystkim i niczym zarazem. Ta ich ulotność i ogromna waga są dla mnie absolutnie fascynujące.

To proszę zdradzić, ile języków zna Maria Paszyńska?

Nie licząc ojczystego, siedem, choć, jak to zwykle bywa, jedne lepiej (te częściej używane), inne gorzej, ale w każdym sprawy w urzędzie załatwię bez trudu, a to ponoć wyznacznik. W kilku kolejnych czytam nieskomplikowane teksty, liczę do dziesięciu i rozumiem proste rozmowy, gorzej z udzieleniem poprawnej odpowiedzi.

W jaki sposób powstawał Warszawski niebotyk? Skąd pomysł, żeby akcję umieścić akurat w dwudziestoleciu międzywojennym?

Inspiracją do napisania Warszawskiego niebotyku był pierwszy polski drapacz chmur, budynek Prudential przy obecnym placu Powstańców Warszawy. Wszystko zaczęło się, gdy w przedwojennym numerze jednej z warszawskich gazet znalazłam pięknie podkolorowane zdjęcie ówczesnego placu Napoleona z górującym nad eleganckimi kamienicami modernistycznym wieżowcem. Zachwyciłam się zuchwałością i elegancją tego budynku. Zaczęłam wczytywać się w jego historię odkrywając wciąż nowe ciekawostki, aż wreszcie przyszła myśl, że jest to doskonały zaczyn powieści. Czas niejako wybrał się sam, choć muszę przyznać, że estetyka owego mitologizowanego, przepełnionego wzniosłymi ideałami okresu dwudziestolecia międzywojennego jest mi bardzo bliska.

Dlaczego głównie mężczyźni są bohaterami Pani książki?

Wszystko zaczęło się od mężczyzn, więc po raz kolejny zostałam pozbawiona wyboru. Fabuła Warszawskiego niebotyku powstawała wokół historii szalonego marzenia profesora Stefana Bryły, który chwilę później miał już w mojej wyobraźni oddanego przyjaciela w osobie profesora Zasławskiego, który z kolei miał trzech synów…Wybór niejako dokonał się sam, ale prowadzenie pięciu tak różnych męskich postaci było porywającym przeżyciem.

Pytanie, które na pewno nurtuje czytelników Warszawskiego niebotyku: Co teraz pisze Maria Paszyńska (i czy w ogóle)?

W przygotowaniu jest kontynuacja losów bohaterów Warszawskiego niebotyku, zatytułowana Gonitwa chmur. Mogę zdradzić, że tym razem nieco silniejszy akcent położony będzie na postacie kobiece. Oprócz powieści, piszę także na bieżąco felietony i inne krótkie formy publikowane na łamach prasy oraz kolejne strony szkiców, pomysłów, zarysów fabuł, które potem w szufladzie czekają na rozwinięcie.

Jak wygląda Pani warsztat pisarski? Jest Pani zdyscyplinowana? Niebotyk pisała Pani codziennie, rzetelnie, np. przez cztery godziny, czy dopadała Panią wena i wtedy rzucała się Pani do pisania?

Całe życie marzę, by być zdyscyplinowaną. Myślę, że ludzie uporządkowani, jakiejkolwiek pracy nie wykonują, mają łatwiej od szalonych głów, do której to kategorii zaliczam samą siebie. Pracują systematycznie, dzień po dniu przybliżając się do celu, który chcą osiągnąć. Ja niestety pracuję zrywami. Owszem, siadam do pisania codziennie, gdyż trening czyni mistrza i żeby napisać coś ciekawego, gdy przyjdzie odpowiedni moment, trzeba być w formie przez cały czas. Jednak mimo wielu prób nie potrafię wyegzekwować od samej siebie konsekwentnego siedzenia przy klawiaturze „od do”, zapełniania słowami codziennie z góry ustalonej liczby stron. Nie wierzę w mityczną wenę, ale bywają dni, w których słowa, mimo wysiłków z mojej strony, nie chcą się układać w zdania. Wówczas poprawiam rzeczy napisane wcześniej lub szlifuję warsztat spędzając upojne chwile w świecie moich pisarskich mistrzów. Są jednak i takie dni, gdy wszystko komponuje się z wręcz zaskakującą łatwością i wdziękiem, a praca twórcza jest samą przyjemnością.

Jakie są Pani inspiracje literackie?

Cały otaczający świat jest dla mnie inspiracją. Spotkany człowiek, fotografia, która przypadkiem wypadnie spomiędzy kart książki, przeczytany artykuł, wystawa, ciekawe słowo, usłyszana muzyka, nietypowy kolor uschniętego liścia. Inspiracją jest wszystko, co wzbudza drzemiące, gdzieś w moim wnętrzu pokłady emocji, bo to od nich zwykle zaczynają się snuć fabuły…

Jeśli jednak pyta pani o moich literackich przewodników to wymieniłabym wśród nich z całą pewnością Wiesława Myśliwskiego – mistrza formy i treści, Bolesława Prusa, do którego twórczości mam życiową, nieuleczalną słabość, Lwa Tołstoja, jako najdoskonalszego słownego portrecistę ludzkich wnętrz i emocji, oraz Ayn Rand za jej umiejętność przekazywania trudnych, wymagających prawd o świecie i człowieku w precyzyjny i jasny sposób.

Do długiej listy pełnionych przez Panią ról należy dopisać także rolę mamy – ma Pani córkę i syna. Jakie wartości chce im Pani przekazać? Czy jest Pani mamą konsekwentną i pilnującą porządku, czy szaloną i rozpieszczającą swoje dzieci?

Staram się być mamą konsekwentną. Janusz Korczak powtarzał, że w życiu dziecka ważne są stawiane przez dorosłych granice, bo to one dają mu poczucie bezpieczeństwa, a to z kolei w mojej ocenie jest jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie można dać własnemu dziecku. Wydaje mi się jednak, że bycie rodzicem wymagającym i konsekwentnym nie stoi w sprzeczności z rozwijaniem w dzieciach kreatywności i spontanicznego podejścia do życia, dlatego wraz z mężem staramy się łączyć te dwa sposoby wychowania w nasz eksperymentalny, autorski system, którego jakość będzie można ocenić, patrząc za parę lat na dorosłych, których teraz wychowujemy. Jeśli zaś chodzi o wartości to chcielibyśmy nauczyć nasze dzieci uczciwości i rzetelności zarówno w zadaniach, których się podejmują, jak i w relacjach międzyludzkich oraz radości życia i cieszenia się codziennymi drobiazgami.

Na Pani stronie internetowej możemy przeczytać, że napisała Pani parę opowiadań i haiku do szuflady, może zechce się Pani z nami podzielić haiku?

Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, ale sądzę, że tak osobista twórczość z czasów młodości powinna zostać w szufladzie.

Jakie są trzy przymiotniki, które najlepiej opisują Marię Paszyńską?

Lojalna, spontaniczna, otwarta. Lojalna, ponieważ zawsze staram się być uczciwa w relacjach z ludźmi, dotrzymywać słowa, zachowywać sekrety innych dla siebie, rzetelnie wywiązywać się z podejmowanych wobec innych zobowiązań, choćby nikt na mnie nie patrzył i nie weryfikował moich poczynań. Spontaniczna – myślę, że określenie, którym już w tym wywiadzie się posłużyłam, czyli gorąca głowa doskonale mnie opisuje. Gdy mam jakiś pomysł, natychmiast muszę wcielić go w życie, radośnie chwytam różne najdziwniejsze okazje do przeżycia czegoś nowego, czytam bez ograniczeń wszystko co wpadnie mi w ręce, chodzę boso po mieście, głośno się śmieję. Jestem też otwarta. Pasjami lubię ludzi. Łatwo się ze mną współpracuje i działa zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i w życiu prywatnym. Staram się nikogo nie oceniać i przyjmować innych takimi jakimi są, w każdym doszukując się czegoś dobrego – takie podejście bardzo upraszcza życie i dodaje mu niesłychanego kolorytu.

Jest Pani absolwentką iranistyki Wydziału Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego – jak z punktu widzenia znawcy tematu ocenia Pani to, co aktualnie dzieje się wokół uchodźców z Syrii?

Nie odważyłabym nazwać siebie znawcą tematu w tym przypadku. Obszarem moich orientalistycznych zainteresowań badawczych był przede wszystkim rozwój myśli demokratycznej w Iranie na początku XX wieku. Warto pamiętać, że Persowie owszem są ważną częścią świata muzułmańskiego, ale nie są Arabami, więc mimo licznych podobieństw ich społeczeństwo funkcjonuje według odmiennych zasad. Temat uchodźców to trudne i bardzo złożone zagadnienie, zbyt wielowątkowe by wypowiedzieć się na nie jednoznacznie w kilku zdaniach.

W jaki sposób Pani odpoczywa?

Czytając w wannie. Moje ulubione książki mam w kilku egzemplarzach, jeden specjalnie przeznaczony do lektury w zaparowanej łazience. Bardzo odpręża mnie także gotowanie. Nic wyszukanego, codzienne domowe przysmaki: zupy, kompoty, kotlety. Po wielu godzinach spędzonych w pracy, porządkuję myśli i emocje krojąc włoszczyznę i doprawiając sosy – to mnie uspokaja.

A Pani popisową potrawą jest…

Popisowa potrawa…hmm…to trudne pytanie. Mój mąż pewnie powiedziałby, że polędwiczki wieprzowe z sosem z zielonego pieprzu i specjalnie przyrządzonymi ziemniakami albo makaron z pesto alla siciliana, syn, że pierogi z mięsem, córeczka wybrałaby kotlety mielone z buraczkami albo kluski leniwe:)

Gdyby z jakiegoś powodu nie mogła Pani mieszkać w Warszawie, to jakie miasto na świecie by Pani wybrała?

Barcelonę. Mieszkałam tam kiedyś przez dłuższy czas. Chodziłam do szkoły, żyłam życiem codziennym stolicy Katalonii. Choć mieszkałam przedtem i potem w wielu miastach, nigdy z żadnym miejscem nie zżyłam się tak jak z Barceloną. Moja Barcelona nie ma nic wspólnego z Las Ramblas czy Fuente magica, choć doceniam ich urok. Moja Barcelona to ludzie, zapachy, smaki, maleńkie sklepiki z przykurzonymi sprzedawcami, o których czas i świat zdają się od dawna nie pamiętać, śmiech i światła miasta widziane z wzgórza Montjuïc. Tysiące, miliony świateł, jakby rozgwieżdżone niebo było nade mną i u moich stóp. Barcelona jest mi bardzo bliska, ale Warszawy nic nie jest w stanie zastąpić.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


siedem × 2 =

Reklama