Pages Navigation Menu

Wywiad Ewą i Pawłem Piątek, autorami „Pasieki Dredziarza”

Wywiad Ewą i Pawłem Piątek, autorami „Pasieki Dredziarza”

Pasieka Dredziarza to opowieść o Waszym życiu. Skąd pomysł, by napisać taką książkę?

 

Ewa: Pomysł nie jest ani mój, ani Pawła i dziś, z perspektywy czasu, bardzo się dziwię, że nie wpadliśmy na tak oczywiste połączenie – moich zapędów pisarskich ze świetnym tematem, w którym od lat specjalizuje się Paweł. Prowadziłam już co prawda bloga Pasieki Dredziarza i fanpage’a, ale niezbyt pilnie i konsekwentnie, kiedy zaczepiła mnie wirtualnie znajoma Klaudia Bryła. Okazało się, że pracuje w Wydawnictwie Poznańskim i szuka ekotematów, potencjalnych tytułów ekoautorów 🙂 Zapytała, czy chcielibyśmy napisać o swoim życiu z pszczołami. Daliśmy sobie kilka dni na zastanowienie. W pierwszej chwili, choć mnie pomysł wprowadził w stan euforii, nie byliśmy pewni czy mamy do powiedzenia aż tyle, by mogłaby powstać książka. Ja się na pszczołach zupełnie nie znałam (dziś, po napisaniu książki, mogę już powiedzieć, że posiadłam nieco wiedzy teoretycznej), a Paweł nie przepada za wysławianiem swojej pasji, nie lubi też siedzieć przy komputerze, woli po prostu działać. Czy taki duet może napisać książkę o pasiece? Okazało się, że może i że zabawa jest przednia 😉

Od razu stało się dla nas jasne, że nie będzie to książka wyłącznie o pszczołach, czyli kolejny na rynku podręcznik pszczelarski, ale opowieść osobista i subiektywna. Stąd nasze starania, by każdemu z wątków branżowych towarzyszyły Pawła wspomnienia, anegdoty, własne przemyślenia. Podzieliliśmy się też swoim widzeniem życia na wsi z perspektywy świeżo upieczonych rodziców, ja od siebie dorzuciłam kilka słów w duchu ekorodzicielstwa. Dlatego jest to rzeczywiście nie tylko opowieść o pasiece, ale w ogóle o naszym życiu.

Muszę tutaj dodać, że redaktor Sylwia Smoluch bardzo wspierała nas w całym procesie, jednocześnie pozostawiając sporo swobody twórczej, za co jestem jej bardzo wdzięczna.

 

Jak w Waszym życiu pojawiły się pszczoły? Kiedy wiedzieliście, że to miłość na całe życie?

 

Paweł: Już jako dziecko lubiłem obserwować przy pracy naszego sąsiada, który miał w ogródku kilka uli. Próbowałem go naśladować, łapiąc owady w kwiaty malwy – z nadzieją, że dadzą mi miód. Ważniejszą postacią jest jednak mój dziadek, który był w pszczelarstwo bardzo zaangażowany. Wielką sympatią darzył te owady i poświęcał im każdą wolną chwilę. Inna sprawa, że miód w czasach, kiedy słodycze nie były dostępne, smakował magicznie. Kiedy byłem nastolatkiem, pasiekę założył mój tata i kilka lat później, po jego śmierci, przejęliśmy z bratem pszczoły. Na początku nie było łatwo, ale wystarczyło przepracować kilka sezonów i już nie mogłem sobie wyobrazić, by tych owadów w moim życiu nie było. I choć pomieszkiwałem też w mieście i miewałem różne prace tymczasowe, zawsze wracałem do pszczół.

Ewa: I za którymś razem wrócił do nich ze mną. Poznaliśmy się na imprezie w Bydgoszczy i kiedy Paweł powiedział mi, że zajmuje się pszczołami, nie uwierzyłam. Mam sporo zajęć, które bardzo lubię, więc nie wciągnęłam się w pszczelarstwo, ale uwielbiam rozlewanie miodu do słoików. Całkiem przyjemnie jest też podkurzać, czyli asystować Pawłowi w pasiece. Widok pszczelego tłoku na plastrach, zapachy wosku, nektaru czy palonego próchna… są wyjątkowe. Z przyjemnością włączyłam się w życie Pasieki Dredziarza, robiąc etykiety na miód, świeczki i zakładając stronkę internetową – uważam, że to bardzo, bardzo szlachetne zajęcie i duchowo jestem z pszczółkami, choć nie działam przy ulach bezpośrednio 😉 e_pasieka-dredziarza_3d_300dpi

 

Pawle, zajmujesz się pszczelarstwem już od 20 lat. Czy widać w tym zawodzie wyraźne zmiany? Czy masz takie rzeczy, o których wspominasz sobie: kiedyś to było lepiej? Albo może wręcz przeciwnie – pojawiły się zmiany na lepsze?

 

Ewa: Właśnie policzyliśmy, że Paweł zajmuje się pszczołami już prawie 30 lat!

Paweł: Pszczelarstwo zmienia się wraz z rolnictwem. Zmieniają się środki ochrony roślin i pola są czyściejsze (w złym znaczeniu tego słowa), to znaczy nie ma już tylu chwastów – chabrów, ostów i  innych pszczelich przysmaków. Robi się wymyślne opryski, na przykład odstraszające owady. Poza tym rośliny się zmieniają, np. taki rzepak – sieje się dziś odmiany nieprzydatne zapylaczom, nie nektarujące.

Problematyczne jest prowadzenie pasieki w okolicy wielkich gospodarstw, gdzie dominują monokultury, brakuje zachwaszczonych rowów, miedz, miejsc, gdzie kwitnie wiele różnych roślin.

Następna zmiana wiąże się z klimatem. Zimy są cieplejsze ostatnimi laty i przez to inaczej postępuje się z pszczołami jesienią. Kiedyś ule się ocieplało, po czym spokojnie czekało się na wiosnę. Teraz raczej jesienią je wychładzam, żeby ciepło nie zachęcało pszczół do zbytniego rozwoju. Wynalazkiem ostatnich lat jest zimowanie na otwartej dennicy, pszczoły wiszą więc na powietrzu, co niezorientowanym w temacie może się wydawać abstrakcją.

 

Kolejna zmiana na przestrzeni lat dotyczy dostępności sprzętu. Kiedy rozpoczynałem „karierę”, sprzęt budowało się samemu. Znajomi konstruowali np. stoły do odsklepiania (otwierania plastrów z miodem zamkniętych woskiem), sąsiad-kowal – miodarkę. Dziś łatwo kupić wyposażenie pracowni pszczelarskiej. Łatwo też o porady, bo jest nie tylko więcej podręczników pszczelarskich, ale też są fora internetowe.

 

A same pszczoły? Czy można zaobserwować zmiany przez te lata u samych pszczół?

 

Paweł: Na pewno. Zawsze pracowało się nad polepszeniem cech gatunkowych pszczół. Dawniej robiłem to sam: hodowałem matki z rodzin najbardziej miodnych czy mających inne korzystne cechy, tzn. wybierałem najlepsze, moim zdaniem, ule i dążyłem do tego, by pszczoły z nich się rozmnażały. Mimo to pamiętam, że pszczoły bywały bardzo agresywne. Dziś łatwo kupić od hodowców matki rasowe, wyselekcjonowane pod kątem pożądanych cech – miodności czy łagodnego usposobienia.

 

Co jest w pszczołach takiego wyjątkowego, co przyciąga i fascynuje? Bo można powiedzieć, że mamy teraz pewnego rodzaju modę na pszczoły? I czy jest to odczuwalne w Waszym codziennym życiu?

 

Paweł: To przyjemne zajęcie, które wymaga obcowania z przyrodą. Urokliwe jest w nim w zasadzie wszystko, od słodkiego zapachu wydobywającego się z ula po dźwięk pracującej pasieki. Do tego sama wiedza o tych owadach jest fascynująca, a posiąść ją trzeba, by odpowiednio postępować z rodzinami. Co więcej, zawód ten związany jest też z wiedzą o roślinach.

Ewa: Moda na pszczoły wynika prawdopodobnie z rosnącej świadomości zagrożenia klęską ekologiczną. A także z potrzeby odbudowania kontaktu z naturą, z tęsknoty ludzi żyjących w pędzie miasta za przebywaniem blisko przyrody, zwolnieniem tempa.

Paweł: Dużo mówi się o roli owadów przy produkcji żywności. Mamy przed oczyma niepokojące wizje sadów zapylanych przez ludzi pędzelkami gdzieś w Chinach…

Ewa: Ludzie mają to poczucie, że troska o pszczoły jest czymś dobrym.

Paweł: I dobrze. Im więcej będzie pszczół, tym lepiej. Zwłaszcza że coraz mniej jest dzikich pszczół i pszczoły miodne przejmują funkcję zapylaczy w przyrodzie.

Jeśli chodzi o modę na pszczelarstwo, w naszej okolicy nie jest ona odczuwalna, nie obserwujemy napływu nowych pszczelarzy.

Ewa: Natomiast sam fakt, że mogliśmy napisać książkę i została ona wydana, jest pewnie dowodem na istnienie mody – a właściwie potrzeby, by poznawać pszczoły i rozmawiać o tym, jak się żyje na wsi 🙂

 

Czy coś się zmieniło po publikacji? Więcej osób pisze? Czujecie większe zainteresowanie? Może ludzie chcą do Was przyjeżdżać? 🙂

 

Ewa: Odzew jest bardzo pozytywny. Średnio co kilka dni odbieram wiadomość z podziękowaniami za lekturę. Niektórzy dzielą się własnymi historiami związanymi z przeprowadzką na wieś albo pszczołami, często w jakiś sposób podobnymi do naszej. Mamy też oczywiście zaplanowanych kilka spotkań autorskich, wzięliśmy również udział w dyskusji „Jak pisać o przyrodzie?” w ramach Przyrody Wartej Poznania (i znalezienie się w towarzystwie prawdziwych specjalistów w tym temacie było dla nas dość onieśmielające!), nie jest to jednak żaden nachalny szum medialny, ale bardzo pozytywne zainteresowanie, które uspokaja nas, że to, co napisaliśmy, jest ważne.

 

Dosyć dokładnie opisujecie w książce, jak wyglądała praca nad nią. Co było najtrudniejsze w pracy nad książką? I co sprawiało największą satysfakcję?

 

Ewa: Najtrudniej było znaleźć kompromis między żargonem i natłokiem faktów z życia ula a językiem przystępnym, własną opowieścią, próbami oddania klimatu i uroków wsi. Ponieważ rozdziały Pawła pisałam na podstawie rejestrowanych rozmów z Pawłem, a ingerowałam w oryginał dość ochoczo, często pojawiały się tam potknięcia merytoryczne i niedopowiedzenia. Pawłowi bardzo zależało, i słusznie, na tym, by mimo niepodręcznikowego charakteru opowieści o pszczołach przekazywana przez nas wiedza była rzetelna, sporo energii wkładaliśmy więc w poprawki.

Najprzyjemniej było wracać do napisanych już, zredagowanych rozdziałów po kilkudniowej przerwie i czuć, że to się naprawdę przyjemnie czyta. Do moich faworytów należą opowieści o miodobraniach, rójkach i dzieciństwie Pawła.

 

Czy macie może jakieś plany czy pomysły na kolejne książki? Bo w Waszej książce, przy opisach pracy nad tą, znalazłam wiele inspirujących pomysłów 🙂

 

Ewa: Paweł mawia, że nie ma dwóch identycznych sezonów. I chociażby to sprawia, że biorę pod uwagę ciąg dalszy pisania. Jeszcze nie teraz, ale może w ciągu kilku najbliższych lat. Tymczasem marzy mi się powrót do mojego poprzedniego „profilu” literackiego. Mam na swoim koncie książkę pt. Drogi Zakodowany. Jest to dość ciężka proza poetycka. Chciałabym znów wysilić się twórczo w podobnym kierunku, mam już temat i sporo notatek w brudnopisie. Nie jest to co prawda literatura potrzebna światu tak bardzo jak książki o pszczołach, ekologii, wsi… a raczej kwestia moich własnych ambicji pisarskich, ale mam nadzieję, że się uda (i napisać, i wydać).

 

Macie jakieś rady dla kogoś, kto po przeczytaniu Waszej książki zdecyduje się rzucić wszystko i będzie chciał zacząć hodować pszczoły?

 

Ewa: Przede wszystkim niech nie rzuca wszystkiego 🙂 Lepiej nie myśleć automatycznie w kategoriach przedsięwzięcia komercyjnego, nie wyobrażać sobie, ile miodu będzie z każdego ula. Spotykamy się niestety czasem z takim podejściem, a to nie jest dobra motywacja do pracy z pszczołami. Pszczelarstwo zależy m.in. od pogody, jak całe rolnictwo. Nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Poza tym owadami trzeba się opiekować, a nie po prostu częstować się ich zbiorami na zimę.

Paweł: Rzeczywiście, lepiej dać sobie minimum 2-3 lata na poznawanie pszczelarstwa od strony praktycznej, zanim przejdzie się do pasieki towarowej, tzn. typowo zarobkowej. Można pracować z kilkoma ulami, żeby zobaczyć, jak to działa, nabrać wprawy, albo popracować  z doświadczonym pszczelarzem, przyglądać się, co robi, rozmawiać.

Kiedy już zapadnie decyzja, ważna jest lokalizacja. Jeśli planujesz dużą pasiekę, która ma przynieść dochód dla Ciebie i Twojej rodziny, musisz wybrać okolicę zasobną w nektar i bez konkurencji. Zbyt duża liczba pszczelarzy w pobliżu to ograniczenie kluczowe.

 

Czy każdy w ogóle się do tego nadaje? Czy każdy, kto chce, może hodować pszczoły?

 

Paweł: Można się zastanawiać, czy uczulenie na jad pszczeli jest wyraźnym przeciwwskazaniem. Teoretycznie można korzystać ze szczelnego kombinezonu pszczelarskiego… nie wyobrażam sobie jednak wykonywania wszystkich czynności w rękawicach.

Ewa: Jeśli chodzi o cechy charakteru, na pewno nie wystarczy wyłącznie kochać naturę. Trzeba nastawiać się na ciężką pracę.

Paweł: Praca pszczelarza wiąże się z pewną samodyscypliną, robieniem wszystkich niezbędnych rzeczy na czas. W sezonie pszczoły muszą być na pierwszym miejscu.

 

Co sądzicie o pszczelarstwie miejskim?

 

Paweł: Cieszy nas to, że pszczołami interesują się także mieszkańcy miasta. Podobno w wielu miastach są obfite pożytki pszczele i miód stamtąd jest zdrowy i smaczny. Podejrzewamy jednak, że jest też kilka minusów i cieszymy się, że mamy swoje miejsce na wsi i to tutaj możemy mieć pasiekę.

 

Jaka jest największa zaleta mieszkania na wsi? I czy są jakieś wady? Większości osób pewnie wydaje się, że to takie przyjemne życie, a to przecież też mnóstwo pracy, często dużo więcej, niż mamy w mieście.

 

Paweł: Piękne są te chwile, kiedy pracujesz i możesz cieszyć się tym, co jest wokół. Wieczorem kąpiel w czystym jeziorze, kilka kroków od domu. Śpiewają ptaki, rosną grzybki, masz swój ogródek….

 

Ewa: Cieszę się, że możemy zapewnić sobie, a przede wszystkim dziecku, sporą dawkę świeżego powietrza  i warzywa, owoce z własnej uprawy. Kolejny plus to otwarta przestrzeń, zieleń (czy, w zależności od pory roku, na przykład biel:)). Przyzwyczaiłam się już do naszego wiejskiego otoczenia i kiedy jestem w mieście, doznaję wręcz szoku estetycznego – mam wrażenie, że ludzie żyją w hałasie, spalinach, chaosie… Oddzieliliśmy się od matki Ziemi grubą warstwą betonu. Na wsi otoczenie jest takie uporządkowane, czyste: horyzont, błękitne niebo, plama lasu w oddali…

Minusy mieszkania na wsi też oczywiście są: trzeba zatroszczyć się o ogrzewanie, czyli np. porąbać drewno (tym zajmuje się Paweł, ja nadal ledwo umiem napalić w piecu). Życie kulturalne tętni dość daleko od nas – czasem mi brakuje kina, teatru, koncertów, a ponieważ mamy małe dziecko, szybki wypad na jakieś wieczorne wydarzenie nie jest realny. Ubolewam też nad tym, że ze względów organizacyjnych trzeba mieć samochód, bo nie jestem fanką motoryzacji i tego typu materialnych rzeczy.

 

Czy można do Was tak po prostu przyjechać? Czy prowadzicie np. jakieś warsztaty z pszczelarstwa (jest w ogóle coś takiego?), albo gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak takie zajęcie wygląda?

 

Ewa: Och, oczywiście, zapraszamy, w każdej chwili! No, bardzo chcielibyśmy móc tak powiedzieć, ale prawda jest taka, że mamy mnóstwo zajęć: ja pracuję w mieście, robimy też warsztaty filmowe na wsi, gramy na bębnach afrykańskich, Pawłowi zaczął się sezon pszczelarski, a nasz maluszek coraz mniej śpi i wymaga ogromnego zaangażowania w rodzicielstwo 🙂 Z gośćmi umawiamy się więc niestety dość ostrożnie, lękliwie zerkając na grafik.

 

Biorąc pod uwagę intensywność Waszego życia, na pewno są jakieś historie, które nie zmieściły się w książce. Czy moglibyście się podzielić taką historią albo jakimś ciekawym faktem o pszczołach, ciekawostką, o której przeciętny czytelnik pewnie nie będzie wiedział?

 

Ewa: (Nie przypomina nam się teraz żadna ciekawostka dotycząca funkcjonowania pszczoły, ale pewien epizod.) Pisaliśmy w książce o rójkach, czyli chmarze pszczół, która pod przewodnictwem matki wylatuje z ula, by, mówiąc po ludzku, założyć nową rodzinę gdzie indziej. Zwykle pszczelarz stara się ją pojmać i wpakować do nowego ula. Raz, będąc na cmentarzu, stwierdziliśmy nagle spore pszczele zamieszanie w powietrzu. Paweł natychmiast zorientował się, o co chodzi: jakiemuś pszczelarzowi wyroiły się pszczoły i wlatywały właśnie do wnętrza głowy Jezusa wiszącego na krzyżu. Wyglądało to spektakularnie: nad górującą nad alejką figurą krążyła wielka, czarna chmura owadów.

 

Czy pisaliście Pasiekę Dredziarza z jakąś myślą przewodnią? Gdybyście mogli podsumować przesłanie swojej książki w jednym zdaniu, jak ono by brzmiało?

 

Życie na wsi jest wspaniałe – może Ty też się tu odnajdziesz? 😉

 

Na koniec dwa pytaniaczy możecie polecić jakieś „pszczele” książki? Dla kogoś, kto jest zafascynowany tematem, ale nie ma możliwości hodować własnych pszczół?

 

Ewa: Polecamy Historię pszczół Mai Lunde. To trzy opowieści rozgrywające się w różnych czasach, a ich wiodącym motywem są pszczoły. Znajdziemy tam i klimat pracy pszczelarza, i historię podstawowego narzędzia w tym zawodzie, czyli ula, i parę słów o tym, jak to by było bez pszczół. A wszystko to wspaniale splata się w mądrą i ważną myśl…

 

I to najważniejsze – czego człowiek może nauczyć się od pszczół?

 

Paweł: Tego, że rodzina jest najważniejsza 😉

 

Rozmawiała Diana Chmiel

1 komentarz

  1. Książka sympatyczna, ale trochę za dużo w nniej eko oszołomstwa – te pieluchy jednorazowe i straszne chusteczki nawilżane chemią… …już mogliście to sobie darować. A propos chemii – czym Pan leczy swoje pszczoły, że nie wspomina Pan o tym w książce. Zgaduję, że wszechobecną amitrazą w wydaniu taktikowym lub apiwarolowym? I amitraza – naprwadę groźna i rakotwórcza – nie pasowała do sielskiego eko obrazka ze schnącymi w tle wypranymi pieluchami tetrowymi 😉

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


8 + siedem =

Reklama