Pages Navigation Menu

Przejechany – biografia księdza Jana Kaczkowskiego

Przejechany – biografia księdza Jana Kaczkowskiego

„Wielokrotnie robiono mi »egzaminy z czytania«, wielokrotnie byłem poniżany. Ja sobie z tym doskonale poradziłem. Ale ilość sytuacji, które mnie w Kościele »przejechały«, jest porażająca i potworna”

fragment książki Przemysława Wilczyńskiego, Jan Kaczkowski.

Życie pod prąd. Biografia, Wydawnictwo WAM 2018

 

16—18 marca 2012 roku. Za dwa i pół miesiąca odbierze rozpoznanie: glejak mózgu IV stopnia. Na razie jednak wychodzi na scenę IX Zjazdu Gnieźnieńskiego, odbywającego się cyklicznie kongresu, który łączy debatę na ważne dla Kościoła tematy z modlitwą. Pucki duchowny, znany już ze swej działalności, choć jeszcze daleki od statusu celebryty, został zaproszony na sesję: „Nie tylko charytatywnie. Dobrzy Samarytanie dzisiaj”. Zgodnie z zadanym tematem: „Wolontariat wśród osób wykluczonych społecznie”, opowiada o pracy z trudną młodzieżą, którą angażuje w hospicjum.

Życie pod prąd - Jan Kaczkowski

Życie pod prąd – Jan Kaczkowski

Ale w dwóch ostatnich minutach krótkiego wystąpienia ucieka w dygresję i to właśnie ją zapamiętują słuchacze. „Żeby już tak nie było supersłodko, chciałbym sobie pozwolić na pewną refleksję. Czy jako chrześcijanie, a zwłaszcza jako Kościół, jesteśmy przygotowani na to, by otwierać się tak naprawdę — poza typowym »miłosierdziem gminy« — na osoby wykluczone, na osoby niepełnosprawne? Proszę państwa, ja wiem, o czym mówię, bo sam, będąc jakoś tam niepełnosprawny, choć takim się nie czuję, w Kościele doświadczyłem najwięcej podeptania mojej godności, szczególnie od przełożonych. Wielokrotnie robiono mi »egzaminy z czytania«, wielokrotnie byłem poniżany. Ja sobie z tym doskonale poradziłem. Nie jestem frustratem, można powiedzieć, że jestem — kościelnie — człowiekiem sukcesu: zrobiłem doktorat, jestem bioetykiem, mówię do takiego szanownego gremium. Ale ilość sytuacji, które mnie w Kościele »przejechały«, jest porażająca i potworna” — mówi ze sceny lekko drżącym głosem ksiądz Kaczkowski.

— Już w kuluarach, nie przebierając w słowach, opowiadał o kościelnych represjach, które go spotkały — relacjonuje goszcząca na tamtym Zjeździe Katarzyna Jabłońska z „Więzi”. — A to, co powiedział podczas panelu, zrobiło ogromne wrażenie. Reakcję na wypowiedź Jana porównać można z aplauzem, jaki wśród słuchaczy wywołało mocne wystąpienie ojca Ludwika Wiśniewskiego.

Za niecałe pół roku udzieli wywiadu „Tygodnikowi Powszechnemu”. Opisze zmagania z chorobą, ale być może najmocniejsze fragmenty będą znowu dotyczyć niepełnosprawności. „W Gnieźnie, kiedy o tym wszystkim opowiadałem, dostałem ogromne owacje. Podchodzili, gratulowali, że taki odważny, że się nie boi biskupów. A ja powiedziałem tylko o oczywistym fakcie: że w Kościele jest dyskryminacja niepełnosprawnych” — powie.

„Moje spostrzeżenie socjologiczne jest takie: ludzie Kościoła pochodzą raczej z prostych, niezamożnych rodzin, często o wiejskiej genealogii, a w mentalności wiejskiej ktoś niepełnosprawny fizycznie był zawsze podejrzany o niepełnosprawność intelektualną” — doda. A pytany, co według niego zastępuje w Kościele przekaz o równości, odpowiada: „Ostrożność. Eklezjalna ostrożność. I spekulacje. Kto z kim? Kto ma »noszenie«? Kto stał na zdjęciu przy »pierwszym sekretarzu«? Kto przy biskupie? Kto przy papieżu? A biskup się uśmiechnął? Klepnął? Dynastyczność, monarchiczność, korporacjonizm. Tak to, niestety, trochę działa. Kościół dryfuje w stronę korporacji, może stać się drugą Agorą czy ITI. Tyle że oni mogą, takie jest ich zadanie.

Nam — na Boga — tego robić nie wolno!

— Brakuje prostoty?

— Rozmowy. Czegoś, czego zabrakło, kiedy miałem dziewiętnaście lat. Ja wiem, że to było szesnaście lat temu, ale obawiam się, że niewiele się zmieniło. »Jan, masz problem ze wzrokiem, ale jeśli masz powołanie, przekonanie, to nie będzie problemu« — mógłby ktoś powiedzieć”.

Luty 1996 roku, Jan Kaczkowski zamiast tego zdania otrzymuje z zakonu jezuitów kopertę. Otwiera ją — zapamiętają siostra i mama — trzęsącymi  się rękami.

„Drogi Janku! Piszę w sprawie przyjęcia Cię do Towarzystwa Jezusowego. Niestety, mam wiadomość niepomyślną. Otóż Ojciec Prowincjał zdecydowanie odrzucił możliwość przyjęcia Cię do nowicjatu. Jedyną racją, dla której zapadła taka decyzja, jest Twój słaby wzrok. Specyfika naszego życia i pracy domaga się stawiania kandydatom wysokich wymagań również w dziedzinie zdrowia fizycznego. Dlatego Ojciec Prowincjał nie widzi możliwości przyjęcia Cię do Towarzystwa, nawet gdyby nie istniały żadne inne przeszkody i trudności. Gdybyś chciał o tej sprawie porozmawiać jeszcze ze mną osobiście, to oczywiście jestem do dyspozycji. Możemy się umówić telefonicznie na spotkanie. Serdecznie Cię pozdrawiam, życząc wszelkich potrzebnych łask Bożych. W modlitwie polecam Cię Panu” — pisze do niego ojciec Mieczysław Łusiak SJ.

Nie wiemy dziś, i już się nie dowiemy, dlaczego Jan Kaczkowski nie skorzystał ze wskazanej w liście możliwości rozmowy. Może decyzja zakonu zbytnio go zraniła — to wysoce prawdopodobne, skoro będzie do tej sytuacji wracał po ponad piętnastu latach. „Najbardziej zabolało mnie to »nawet gdyby« — powie mi w wywiadzie z 2012 roku. W rozmowie z podpisanym pod listem jezuitą próbuję dokładniej poznać ówczesną argumentację władz zakonu. Ojciec Łusiak zastrzega jednak: od tamtych zdarzeń minęło wiele lat, a w 1995 roku miał wiele obowiązków, które sprawiały, że promotorem powołań bywał czasami jedynie „na papierze”. Nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co mogły oznaczać zawarte w piśmie „żadne inne przeszkody”. Skłania się do interpretacji, że zdanie było stylistyczną niezręcznością. „Wzrok to jedyna i wystarczająca przyczyna odmowy, nie ma więc nawet sensu rozpatrywać ewentualnych innych przeszkód” — rekonstruuje swoje ówczesne intencje.

— A co do samej decyzji, zdaję sobie sprawę, że mogła być przez księdza Kaczkowskiego odczytana jako krzywdząca — słyszę od ojca Łusiaka. — U nas jednak podobne decyzje nie podlegają dyskusji. W naszych konstytucjach, które napisał jeszcze święty Ignacy Loyola i które obowiązują do dziś, jest wyraźnie zapisane, że kandydat musi być dobrego zdrowia i że nie może mieć żadnych zdrowotnych problemów.

Pytam ojca Łusiaka o różnice między jego zakonem a seminariami, do których — bywa, choć rzadko — osoby niepełnosprawne są przyjmowane. — Chodzi między innymi o długość studiów, które u nas trwają nawet jedenaście lat — mówi zakonnik. — Bardzo ważna jest też dyspozycyjność, na przykład do ewentualnych misji. To wszystko powoduje, że nasze kryteria można porównać do restrykcji, z jakimi rekrutuje się kandydatów do najbardziej wymagających profesji, na przykład do zawodu lotnika. Tam każdy niepokojący przejaw fizycznej ułomności zostanie wychwycony.

— Przyjmując osoby niepełnosprawne, musielibyśmy zrezygnować ze specyfiki naszego charyzmatu. No i trzeba by zmienić Konstytucje, na co nikt się na razie, mimo upływu wielu lat od ich napisania przez świętego Ignacego, nie odważył — ucina ojciec Łusiak.

Czy praktyka ta broni się w XXI wieku, w dobie ułatwień technologicznych, nowoczesnych wózków, okularów, soczewek kontaktowych, ale też w erze znacznie większej niż ponad pięć wieków temu wiedzy na temat niepełnosprawności? Między innymi o to pytam ojca Oszajcę, o którym ksiądz Jan Kaczkowski wspomniał zresztą w rozmowie z Piotrem Żyłką: „Podobno jezuitów skrytykował jeden z nich, ojciec Wacław Oszajca, który jest dla mnie autorytetem. Otóż gdy przeczytał o tym [chodzi o decyzję o nieprzyjęciu do zgromadzenia — przyp. Przemysław Wilczyński] w »Tygodniku Powszechnym«, opieprzył swoich współbraci. Nie ukrywam, że to mi podbudowało ego”.

— Nic takiego nie miało miejsca — uśmiecha się ojciec Oszajca, kiedy cytuję mu ten fragment Życia na pełnej petardzie. — Mogłem to jakoś żartobliwie skomentować, ale nie obsztorcowałem współbraci ani tym bardziej prowincjała. Mogłem powiedzieć, że ja byłbym go przyjął.

— Przyjąłby ojciec? — pytam.

— Gdyby dzisiaj Jan Kaczkowski był kandydatem, całkiem możliwe, że zostałby przyjęty. Świat się zmienił, są komputery, pisma z wielką czcionką, inne jest też podejście do niepełnosprawności. Wiele oczywiście zależy od tego, jaki jest przełożony: jak spojrzy na konkretną historię, jak rozezna wady i zalety kandydata. Nie przyjmujemy do zakonu osób z dużą niepełnosprawnością, podobnie jak ciężko chorych psychicznie. Z drugiej strony całkiem niedawno umarł nasz współbrat, ojciec Jerzy Zakrzewski. Jeździł na wózku. Chorował czterdzieści lat, choć jego kłopoty zaczęły się już po przyjęciu do zakonu… Ale jego niepełnosprawność nie przeszkodziła mu tłumaczyć z obcych języków, prowadzić rekolekcje, spowiadać, mimo że mógł tylko ruszyć głową. Odpowiem więc tak: rozumiem i decyzję współbraci sprzed dwudziestu lat, i rozżalenie księdza Kaczkowskiego. Nie wiem, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby został do nas przyjęty. Pewnie znalazłby sobie jakąś robotę, może równie szaloną. Tylko czy wtedy powstałyby jego wszystkie wspaniałe dzieła? Puckie hospicjum?

Z podobnego punktu widzenia patrzy na to ksiądz Adam Boniecki. — Nie wiem, czy decyzja była dobra, czy zła, podobne rozstrzygnięcia są bardzo często intuicyjne — mówi redaktor senior „Tygodnika Powszechnego”, marianin, były generał zgromadzenia.

— To tylko moje dywagacje, ale całkiem możliwe, że jezuici w tym przypadku wykazali się dobrą intuicją. Obserwuję to zgromadzenie i wydaje mi się, że oni jednak kładą duży nacisk na dyscyplinę i posłuszeństwo. Są ludzie, którzy w podobnych realiach dobrze funkcjonują. Na pewno ksiądz Kaczkowski do nich nie należał: ze swoim temperamentem mógłby u jezuitów oszaleć.

— Może rzeczywiście wyszło mu to na dobre? Może jakby się w takim zakonie „zagrzebał”, to nie poznalibyśmy wszystkich zdolności Jana, które uwidoczniły się w kontakcie ze zwykłymi ludźmi, parafianami? — zastanawia się Józef Kaczkowski.

„Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że jako ksiądz diecezjalny jestem bliżej ludzi, niż byłbym, gdybym został zakonnikiem” — mówił sam ksiądz Kaczkowski, a na sugestię Piotra Żyłki, że być może nieprzyjęcie do zakonu było błogosławieństwem, odpowiadał: „Jako jezuita nie zbudowałbym hospicjum. I nie wyrąbałbym sobie takiej drogi do osiągnięcia indywidualności, jak to zrobiłem w roli księdza diecezjalnego”.

Twoja Księgarnia

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


× 5 = trzydzieści

Reklama