Pages Navigation Menu

Premiera „Brunatnej kołysanki” Anny Malinowskiej – historie uprowadzonych dzieci

Premiera „Brunatnej kołysanki” Anny Malinowskiej – historie uprowadzonych dzieci

18 stycznia 2017 roku miała premierę książka Anny Malinowskiej – Brunatna kołysanka. Jest to wstrząsająca opowieść o polskich dzieciach porwanych przez nazistów i zniemczanych w założonych przez Himmlera ośrodkach. To zapis wspomnień ofiar tamtych wydarzeń, składają się one na dramatyczne i pełne zaskakujących zakończeń historie. Autorka przywołuje pamięć adwokata Romana Hrabara – to on zdemaskował zbrodniczą działalność hodowców nordyckiej rasy,  poświęcił się także niesieniu pomocy ich ofiarom. Magdalena Grzebałkowska, autorka 1945. Wojna i pokój, mówi o książce: „Anna Malinowska opowiada przejmująco o losach germanizowanych dzieci, które po wojnie odnajdowane i oddawane polskim rodzicom już nigdy nie umiały odnaleźć się w życiu”.

Anna Malinowska ukończyła politologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracowała m.in. w Trybunie Śląskiej, od 2005 r. jest dziennikarką w katowickim oddziale „Gazety Wyborczej”. Od 2015 r. zajmuje się tematem polskich dzieci uprowadzonych przez Lebensborn.

Zapraszamy również na spotkanie autorskie 26 stycznia o godzinie 19:00 w Faktycznym Domu Kultury, przy ulicy Gałczyńskiego 12 w Warszawie.

Poniżej prezentujemy fragment Brunatnej kołysanki:

Z raportu Himmlera:

Wchodzące w rachubę dzieci nie mogą liczyć więcej jak osiem do dziesięciu lat, ponieważ z reguły tylko do tego wieku możliwe jest prawdziwe przenarodowienie, tzw. ostateczne zniemczenie. Warunkiem jest całkowite zaprzestanie utrzymywania jakichkolwiek stosunków z ich polskimi krewnymi.

* * *

Wieść, że Hrabar szuka dzieci, szybko roznosi się po województwie. Coraz częściej przychodzą do niego rodzice, krewni przysyłają listy – bardzo do siebie podobne. Na przykład taki: „Nie było mnie w domu. Po powrocie nie zastałam już mojego synka Krzysztofa. Miał osiemnaście miesięcy. Dwóch gestapowców pobiło mojego starego ojca i dwie siostry, którzy bronili się przed oddaniem dziecka. Wywieziono go samochodem. Od tego czasu nie mam żadnej wiadomości o dziecku”.

* * *

Karwinowski stawał się Karpersem, Mikołajczyk – Mickerem, a Sosnowska – Sosemann. Niektóre polskie nazwiska były tłumaczone na niemiecki: Olejnik – Oelmann, Młynarczyk – Mueller, Ogrodowczyk – Gaertner.

* * *

Kolejna wyprawa Hrabara, tym razem nad jezioro Starnberg w Bawarii. W nadbrzeżnych rezydencjach działają zakłady opiekuńcze. Polak nie ma odpowiedniej przepustki, ale ryzykuje. Na jednej z plaż dostrzega grupkę bawiących się dzieci. Pilnują ich wychowawczynie.

Hrabar widzi, że jeden z chłopców odbiega od grupy, szuka czegoś za drzewami. Hrabar rusza za nim z tabliczką czekolady w ręku. Zagaja po niemiecku. – Pięknie tu u was. Chłopak dziękuje za słodycze, a Hrabar dopytuje:

– Masz mamusię?

– Mam.

– Gdzie jest teraz?

– Na Śląsku.

– Nie chciałbyś do niej pojechać?

– Bardzo, ale mówią tutaj, że mamusia do mnie przyjedzie.

– Jest tu więcej dzieci z twoich stron?

– Jest więcej, są chłopcy i dziewczynki.

– Jak się nazywasz i ile masz lat?

– Ryszard, mam dziewięć lat.

– A nazwisko?

– Sinko.

* * *

– Można mieć dwie matki?

– Można! One obie mnie kochały.

– Jak to możliwe, że nie były o siebie zazdrosne?

– Mama pewnie była wdzięczna Mutti za to, że mnie pokochała, że włos mi z głowy nie spadł podczas naszej rozłąki. Mutti była wdzięczna, że mama nie ma nic przeciwko naszym kontaktom. Obie się rozumiały. Zresztą, proszę popatrzeć na to zdjęcie – Alodia pokazuje czarno-białą fotografię. Dwie uśmiechnięte kobiety obejmują się.

– Która jest która? – pyta.

– To Mutti – wskazuję na jasnowłosą o miękkich, rysach twarzy.

– Pomyłka, bo to mama. Obok jest Mutti – Alodia wskazuje na kobietę w rogowych okularach.

– Mutti miała ciemne włosy. Nawet kiedyś mówiła mi, że jak mnie zabrała, to trochę się martwiła, że tak bardzo się różnimy. Ja stuprocentowa blondynka, a ona i vati (tatuś) byli ciemni.

Ale stałam się ich córką.

* * *

– Kim dziś by pani była, gdyby pani nie zabrano?

– Nie wiem! Dla mnie i Darii wojna nie skończyła się po kapitulacji Niemiec. Ona trwała, gdy wróciłyśmy do domu. Nie mówiłyśmy po polsku. Wtedy wszystko, co kojarzyło się z Niemcami, było czymś najgorszym, ohydnym. Dzieci ze mnie i Darii się śmiały. Nam nie było do śmiechu. Żal, wstyd przełykałyśmy i zamykałyśmy się w sobie. A wcześniej byłam śmiałym dzieckiem.

 

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


7 + sześć =

Reklama